Dorota Szachewicz

Tworzenie nowego życia.

Nie ma rzeczy niemożliwych. Istnieją tylko różne sposoby osiągnięcia wyznaczonego celu. Zaczynałam wiele razy życie aktywne. Wybierane drogi zależały od aktualnego stanu mojego zdrowia. Postępujący zanik mięśni jest chorobą, która powoli bezpowrotnie niszczy sprawność fizyczną. To powoduje, że jeśli chcę żyć w pełni muszę zmieniać sposoby funkcjonowania.

Byłam zdrowym, ruchliwym dzieckiem, które zawsze chciało coś robić samo. Ale zachorowałam i wszystko się skończyło. Najtrudniej było mi znaleźć lek, który przywróciłby chęć do działania i powód, dla którego będę chciała to moje istnienie kontynuować wiedząc z góry, że czeka mnie życie na wózku inwalidzkim. W szkole podstawowej pisałam wiersze. Chciałam być pisarką, ale wstydziłam się tych moich literackich próbek. Nauczycielka uważała, że dla mnie najlepsze będę robótki ręczne, bo do niczego innego nie nadaję się. Z tym poczuciem niższej wartości, z podciętymi skrzydłami, z chorobą, nad którą nie miałam władzy wkroczyłam w dorosłość. Potem ukończyłam Liceum Ekonomiczne we Wrocławiu, ale to nie wiele zmieniło w moim życiu, bo jedyna praca, jaką miałam do wyboru było szycie rękawic w domu.

Było mi źle z takim życiem, w którym dzień podobny jest do dnia. Cztery ściany, książka, telewizor i to wszystko. Musiałam coś z tym zrobić, ponieważ miałam wielką ochotę zakończyć tą moją egzystencję. Będąc w Konstancinie na rehabilitacji spróbowałam pracy w redakcji wydawanej tam gazetki. Okazało się, że nadaję się nie tylko do robótek ręcznych. Poświęcałam każdą wolną chwilę dla tego pisma, które nazywało się "Validus”, co znaczyło - mocny, silny - a ja nie byłam mocna, silna. Nie chciałam jednak żyć biernie. Być aktywnym  w środowisku osób niepełnosprawnych, w ośrodku, w którym nie ma barier architektonicznych, nie jest trudne. Wystarczy chcieć coś robić, ale bardzo mi pomogła tamta działalność. To były pierwsze kroki, jakie stawiałam na drodze nowego życia i powoli zaczęły skrzydła odrastać. Ale nie wiedziałam jak żyć wśród ludzi sprawnych. Obawiałam się odrzucenia. Jak otworzyć drzwi i wyjść do wszystkich ludzi?

Mój stan zdrowia znowu pogorszył się i przez pewien czas żyłam zamknięta w czterech ścianach. Miałam wrażenie, że życie ucieka mi między palcami. Stawałam się coraz bardziej załamana, chora na depresję. Zła na siebie i innych. Nie akceptowałam siebie niepełnosprawnej, więc pewnie i inni mnie nie akceptowali i dlatego byłam samotna ( teraz to wiem, wtedy nie wiedziałam i mówiłam: ludzie mnie nie chcą, bo jestem niesprawna). Analizowałam różne osoby z filmów i z książek i myślałam: - Oni mają zdrowe nogi i ręce, ale widocznie to nie jest najważniejsze skoro posiadając to wszystko, co ja bym chciała posiadać nie są szczęśliwi i są samotni. Widocznie szczęście i zadowolenie z życie nie tkwi w sprawności.

Przekonałam się, że dobrze jest czasami posłuchać drugiego człowieka nie mówiąc z góry, że coś jest niemożliwe. Przeczytałam kiedyś zdanie: nie mów nigdy - nigdy i nie mów nigdy - zawsze. To zdanie od wielu lat towarzyszy mi w życiu. Namówiona przez przyjaciela zdobyłam się na odwagę i wysłałam wiersze do "Radaru" (pisma literackiego). Kiedy zobaczyłam swój wiersz wydrukowany najpierw poczułam zmieszanie, a potem radość. Nie mogłam w to uwierzyć. Aby upewnić się czy to nie przypadek wysłałam wiersze do innych pism i też wydrukowano. To było takie proste. Wystarczyło zdobyć się na odwagę i wysłać. Spróbować. Otworzyłam drzwi i wyszłam z mojego zamkniętego świata do świata nieznanego, ale ciekawego. Wyjście Słowa, ale Ciało jeszcze siedziało w domu. Jak wyjść z ciałem, by w pełni żyć? Gdy wysyłałam wiersze nie pisałam, że jestem osobą niepełnosprawną. Robiłam to celowo. Nie chciałam narzucać interpretacji wierszy, nie chciałam innej taryfy. Uważałam, że inni będą mi współczuć i ciągle wstydziłam się mojej choroby. To tak jak ktoś ma piegi i chce za wszelką cenę je ukryć. Potem dostałam zaproszenie na Warsztaty Literackie do Strzekęcina. Bałam się tam pojechać, ale z drugiej strony wiedziałam, że to jest dla mnie szansa. Po długiej analizie: za i przeciw, odpisałam, że pojadę.

Dnia 1.10.1988 r. (pamiętam ten dzień jakby to było wczoraj) rodzice zawieźli mnie do Strzekęcina i odjechali. Bywałam daleko od domu w internacie, w szpitalach i sanatoriach, ale po raz pierwszy w życiu byłam sama pośród obcych sprawnych osób, których się trochę obawiałam. Przyjechali tam literaci z całej polski. Dla mnie był to egzamin samodzielnego życia. Nie wiedziałam czy sobie poradzę sama, czy inni mi pomogą. Jak mnie przyjmą w swoim środowisku? Ośrodek nie był przystosowany. Gdy rodzice odjechali wpadłam w panikę. Ale zaryzykowałam: albo teraz, albo nigdy. Tłumaczyłam sobie, że nie mogę całe życie unikać ludzi sprawnych. Poza tym chęć poznania ich była dużym bodźcem. Rozpakowałam się i poszłam do budynku, w którym miały być zajęcia. Stanęłam przy stromych, wąskich schodach do góry, do tajemnicy. Schodach, które przypominały moje życie. Jeśli nauczę się je pokonywać będę mogła żyć aktywnie i nie jest ważne czy pokonam je sama czy przy pomocy innych osób. Ważne, żebym je pokonała - tłumaczyłam sobie. Mijali mnie uczestnicy warsztatów, a ja stałam i zbierałam w sobie odwagę z bijącym sercem, paraliżującym strachem i wstydem, że jestem inna. Często tak robiłam, że wchodziłam po schodach, gdy mnie nikt nie widział. Ale tutaj tego nie mogłam zastosować, bo spróbowałam wejść na jeden stopień, gdy nikogo nie było widać. Nawet gdybym się bardzo starała sama po tych schodach nie wejdę. W końcu z palącym wstydem, spocona ze strachu powiedziałam w myślach: - Teraz - i spytałam mijającego mnie mężczyznę: - Jestem niepełnosprawna, czy mógłby mnie pan wnieść po schodach?- Młody mężczyzna uczynił to bardzo chętnie. I tak znalazłam się przy pomocy innego człowieka na górze, tam gdzie chciałam być. Potem mogłam żartować, że nosili mnie na rękach sławni ludzie. Przekroczyłam Rubikon i pokonałam własny lęk i wstyd. Od tamtej pory zrozumiałam, że nie będę mogła żyć aktywnie, jeśli nie nauczę się prosić i przyjmować pomocy tak jakby to było coś naturalnego. Uczyłam się więc wyrażać moje potrzeby. Powoli pozbywałam się lęku przed ludźmi sprawnymi. Zaczęłam akceptować siebie. A innych przestałam podejrzewać o litość. Zrozumiałam, że ludzie bez względu na stan fizyczny mają takie same cechy. Nie wszyscy są okrutni i ranią. Przez wiele lat otrzymywałam błędne informacje, że osoba niepełnosprawna lepiej zrozumie moje problemy i zaakceptuje moją chorobę niż osoba zdrowa. Życie pokazało, że nie istnieje reguła. Nauczenie się prawidłowych relacji międzyludzkich było dla mnie podstawą aktywnego normalnego istnienia.

Rozpoczęłam nowy etap. Chciałam wszystko kontynuować, co zaczęłam. Drukowałam nowe wiersze, poznawałam nowych ludzi. Już nie byłam samotna. Umiałam przyjmować pomoc i prosić nie robiąc z tego wielkiego problemu. Dzięki sile fizycznej drugiego człowieka ja stałam się wolna i silna. To była taka symbioza. Myślę, że ci ludzie, którzy byli i są teraz przy mnie pomagając mi też coś otrzymali i otrzymują (może satysfakcję, że też są potrzebni?). Starałam się zawsze mieć czas, aby ich wysłuchać. Wydawałam tomiki poezji, pokazywałam się na wieczorach poezji. Przestałam wstydzić się mojej choroby. Podjęłam pracę w bibliotece. I żyłam wśród ludzi.

Przyszedł czas, że pomyślałam o samodzielnym zamieszkaniu. Chciałam dać sobie szansę życia na własny rachunek. Byłam dorosła i chciałam żyć jak każdy inny człowiek. Musiałam wytłumaczyć rodzicom, dlaczego tego chcę. Obiecałam, że: - Jeśli nie dam sobie rady wrócę do rodzinnego domu. Ale muszę spróbować, aby żyć ze świadomością, że próbowałam. - Rodzice  bali się czy dam radę sama mieszkać i ja też miałam obawy (byłam świadoma swoich ograniczeń), ale trwałam przy tej decyzji i opuściłam dom rodzinny. Kontynuowałam dalej moją naukę życia, a nie wegetacji. Robiłam to z radością. Byłam zadowolona z mojego życia. Pisałam wiersze, podjęłam pracę jako redaktor w gazecie, bo praca w bibliotece była tylko na czas określony, jeździłam na imprezy literackie, prowadziłam dom, kiedy trzeba było pomagała mi rodzina i miałam przyjaciół, którzy też mi pomagali. Czasami, gdy się przewróciłam i musiałam na kolanach przejść przez pół mieszkania, aby jakoś się podnieść, byłam zła na moją chorobę, ale złość przechodziła i żyłam dalej zadowolona.

Wszystko w życiu podlega prawu przemijania i moja sprawność znowu zaczęła się pogarszać.
Ale tak się nie stało. Moja niesprawność stała się jeszcze większą niesprawnością. Musiałam zrezygnować z pracy dziennikarskiej i z imprez literackich.
Nie mogłam pisać ze względów fizycznych i psychicznych. Byłam zablokowana, skazana na innych. Miotałam się jak motyl w klatce.
Znowu musiałam coś w życiu zmienić.

Wiedziałam, że moje życie ma sens tylko wtedy, gdy mogę coś tworzyć.Zachorowałam na inną chorobę i wszystko się zmieniło. Myślałam, że to takie chwilowe i że wszystko za jakiś czas wróci do stanu poprzedniego.

- Pisać obecnie nie mogę, więc co mam robić? - pytałam siebie i innych.

- Maluj. - odpowiedział mi Andrzej Grzelachowski. Piszę jego nazwisko, ponieważ sama bym nie wpadła na ten pomysł. Dlaczego? Byłam przekonana, że nie umiem malować, ponieważ kiedyś próbowałam. Ale mądrość tego pomysłu polegała na tym, aby tworzyć bez względu na to czy będzie to dobre czy złe. Chodziło o sam fakt twórczego działania. W tej historii też mieści się odpowiedź na pytanie jak można wrócić po chorobie do aktywnego życia. Można, jeśli się umie przyjąć pomoc drugiego człowieka i jeśli się spróbuje cokolwiek robić. Myślę, że do życia jesteśmy wszyscy sobie nawzajem potrzebni.

Pewnego dnia znalazłam się przed białym blejtramem z pędzlem w ustach. Zaczęłam malować. Na początku nie wychodziło mi. Plama koloru była nie tam, gdzie chciałam, nie miałam pojęcia o barwach i wiadomości o technice malarskiej, ale malowałam. Zapomniałam o moim niesprawnym ciele. To było niezwykłe uczucie. Godziny, które jeszcze niedawno dłużyły się w nieskończoność teraz stały się tylko chwilą. Na drugi dzień bolała mnie szczęka, szyja i dziąsła, ale ja znowu malowałam. I tak robię codziennie po kilka godzin. Nie myślałam o tym czy to, co maluję jest dobre. Ważne jest tylko to niezwykłe uczuciu, jakie towarzyszy podczas aktu tworzenie. To moja tabletka dająca życie. Jestem niesprawna, zależna od innych, ale szczęśliwa. Gdy nie maluję, poznaję z książek świat malarstwa, którego nie znałam. Znowu mam przed sobą otwarte drzwi życia, bo chce mi się moją egzystencję kontynuować, aby namalować nowe wiersze. Chce mi się jechać dalej przez życie. Cieszę się, że żyję, a nie wegetuję. To nic, że na wózku inwalidzkim, ale prowadzonym przez tych, którzy mnie kochają. Przede mną nowa droga, a dzięki miłości pokonam wszystkie nowe schody mojego życia. Spróbuję.